poniedziałek, 16 lutego 2015

playing with fire

9 komentarzy:

  1. W placówce takiej, jak ta wcale nie trudno było roznieść plotkę - wystarczyło rzucić zapałkę w trawę aby cały las natychmiast się zapalił. Na tym głównie żył Evan, zbierając poprzez usta przenoszące każde słowo coraz większą popularność, tą negatywną: czyli tą, która tutaj przydałaby mu się najbardziej. Nikt nie znał jego powodów, wszyscy dopytywali się dlaczego nie mógł po prostu zająć się samym sobą i w tym samym czasie sądzili, że może po prostu bał się być zapomniany.
    Sam Morley lubił podsłuchiwać podczas przerwy na obiad ludzi siedzących przy stolikach w sali jadalnej. To był jedyny moment, w którym nie zawsze inni podopieczni zdawali sobie sprawę z jego obecności zwyczajnie dlatego, że dookoła było zdecydowanie zbyt wielu ludzi - co, z drugiej strony, pozwalało zarówno na łatwo rozprzestrzeniające się bójki, jak i na wyłapywanie pewnych ciekawych informacji na temat różnych zgniłych nastolatków, marnujących swoje złote lata młodości właśnie w tym miejscu. Nie żeby jego jakkolwiek obchodziły inne osoby, on po prostu dowiadywał się więcej na temat swoich ofiar.
    Siadając bez pytania obok jakiejś grupki, która natychmiast uciszyła się na widok zbliżającego się dziewiętnastolatka, udało mu się wyłapać dość ciekawe imię i nazwisko pochodzące od stołu za jego plecami. Na moment wsłuchał się w konwersację, uśmiechnął się cynicznie do samego siebie a następnie grzecznie spytał chłopców siedzących obok niego, dlaczego nagle przestali rozmawiać. Zadrwił ze złośliwością.
    - Boicie się, że oderwę wam język?
    Drugie pół godziny czasu poświęconego na obiad zazwyczaj widziało nieco opróżniającą się stołówkę, gdyż pewna część nastolatków wychodziła na ogród, chowała się gdzieś przy bramie za drzewem i wyciągała paczki papierosów, co jeszcze na posesji placówki nie było dozwolone. Nikt nie zdawał się jednak tym przejmować: zarówno podopieczni, jak i ich opiekunowie, którzy czasami nawet podchodzili do jednej z grupek i kusili się na błahe rozmowy o niczym, doprawione zatruwaniem sobie płuc. Evan patrząc na niektórych z nich podejrzewał nawet, że sami kiedyś mogli być wychowankami tego miejsca, i że nigdy nie udało im się pozbyć tego zwyczaju łamania zasad.
    Morley siedział na murku ogrodzenia z plecami przeciwko niewygodnym prętom i obserwował swoje otoczenie, od czasu do czasu unosząc głowę do góry aby wypuścić dym z ust lub nozdrzy. Niedaleko niego była grupka do której czysto teoretycznie należał, lecz która teraz była przez niego ignorowana na całej linii; przybycie nowego członka tego paskudnie nudnego miejsca było zawsze ciekawym wydarzeniem, bo dziewiętnastolatek musiał zbadać swój grunt i zdecydować, jakie były szanse na rozpoczęcie czegoś nieco bardziej interesującego, czegoś, co prawdopodobnie drugiej osobie by się nie spodobało, ale to nie było ważne.
    Ktoś rzucił w jego stronę pytanie, jednak on nie odezwał się ani słowem; tamci wiedzieli, że lepiej było go nigdy w żaden sposób nie prowokować, bo nawet gdy tak spokojnie napychał się nikotyną kąty oczu wszystkich zebranych były potajemnie zwrócone ku niemu, czekając na niebezpieczny gest, atak, sygnał rozdrażnienia, które często przychodziło niezapowiedzianie.
    Jedna postać pośród wielu innych nagle wydała się całkowicie wyróżniać. Szatyn skupił na niej wzrok, aby upewnić się co do swoich podejrzeń - już parę chwil później wiedział, że tego chłopaka nie widział nigdy wcześnie. Rzucał się przecież dość mocno w oczy z tym tatuażem na boku szyi i pochmurnością wymalowaną na twarzy, a Evan nigdy nie kalkulował wartości konfrontacji, którą miał zamiar zacząć, poprzez siłę fizyczną lub psychiczną swojego przeciwnika. Brunet przeszedł przed nim, ewidentnie jeszcze nie do końca wiedząc co jak w tym miejscu dokładnie działało.
    - Gdy usłyszałem to imię pomyślałem, że po raz pierwszy przyjęli do nas jakąś babę - odezwał się w jego stronę, między dwoma palcami prawej dłoni trzymając swojego papierosa. Grupa osób obok niego automatycznie się uciszyła gdy tylko to usłyszała, a i wszystkie oczy skierowały się w jego stronę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Doskonale wiedział jak wszystko wyglądało w tego typu placówkach. Można było nawet powiedzieć, iż był stałym bywalcem takich miejsc i spokojnie mógłby pracować jako znawca i krytyk szkół dla trudnej młodzieży. Znał zasady, zarówno te na papierze, lecz przede wszystkim te obowiązujące w praktyce. Różniły się one diametralnie od regulaminu leżącego w szufladzie dyrektora i było to niezależne od miejsca, do jakiego trafiał. Wszędzie panowała niemalże identyczna atmosfera, identyczna hierarchia i obowiązywały identyczne wartości. Różnice były drobne, często tyczyły się poziomu rygoru i dyscypliny oraz zachowania nauczycieli. Darling miał jednak wrażenie, że każdy kolejny internat to kopia poprzedniego, tyle że z mniej lub bardziej obdartymi ścianami i brudnymi kiblami. Prędzej czy później zaczynał się nudzić, a ten stan bardzo szybko prowadził ku kolejnym wybrykom, które miały na celu urozmaicenie dni. W końcu jednak przekraczał wyznaczone granice, a rada pedagogiczna zgodnie stwierdzała, iż należy się go pozbyć. Ten sam schemat od ponad dziesięciu lat szkolnictwa.
    Spodziewał się, że wieść o jego przybyciu wyjdzie na jaw zanim jego noga przekroczy próg placówki. W tego typu miejscach plotki były jedną z niewielu rozrywek i wystarczyło jedno słowo nieostrożnego belfra, by wiadomość o nowym podopiecznym się rozniosła. Z autopsji wiedział, że łatka nowego nie znika samoistnie – samemu trzeba było walczyć o jej pozbycie się. Nieznana twarz wzbudzała w wychowankach tak samo ogromne zainteresowanie, jakie ZOO wywierało na dzieciach, które je odwiedzały po raz pierwszy. Właściwie miejsca takie jak te w wielu aspektach przypominały ogród zoologiczny. Zachowanie młodzieży było bardziej zwierzęce, aniżeli ludzkie; często kierowali się instynktem, a nie logiką. Dochodziło do zażartej walki o swoją pozycję i każdy pragnął znaleźć się jak najwyżej w hierarchii. Na szczęście brunet nie musiał się specjalnie o to martwić – nie miewał problemów z zaznaczeniem, gdzie jest miejsce pozostałych osób, a gdzie jego. Wyraźnie dawał do zrozumienia, że to on jest panem i władcą, a reszta świata wyłącznie marnymi istotami, dla których usługiwanie mu jest największym zaszczytem. W poprzednich zakładach każda paczka od rodzin przechodziła przez jego ręce, nie było osoby, która by nie oddawała mu połowy swoich fajek i jak daleko jego pamięć sięgała, nie przypominał sobie by kiedykolwiek kupił alkohol za własne pieniądze. Cóż, Blue zdecydowanie potrafił się ustawić i nawet biorąc pod uwagę wszystkie niesprzyjające okoliczności mógł swobodnie przyznać, iż żyło mu się całkiem wygodnie.
    ”Daruj sobie” powiedział zanim dyrektor zdołał przeczytać pierwsze zdanie regulaminu. Znał na pamięć wszystkie artykuły i ustępy, każdy zakaz i obowiązek, do których tak czy owak się nie stosował. Swobodnie, jak gdyby rozmawiał z młodszym o co najmniej pięć lat koleżką, nakazał pokazać mu swoją sypialnię i dać święty spokój. Mężczyzna, który był na tyle wyniszczony zmęczeniem, że ciężko było określić czy ma lat czterdzieści czy może jednak sześćdziesiąt-pięć, niewiele się przejął słowami nowego podopiecznego, lecz równocześnie nie drążył tematu. Bardzo szybko został odstawiony do odpowiedniego pokoju i poinformowany, że obecnie trwa przerwa obiadowa i zajęcia zaczynają się dopiero za półtorej godziny.
    Okazja do zbadania terenu.
    Idąc przez dziedziniec Darling czuł na sobie spojrzenia wszystkich uczniów, lecz był już przyzwyczajony do takich sytuacji. Nie dość, że był nowy to dodatkowo wyróżniał go imponujący wzrost i liczne tatuaże, które wbrew pozorom nie były aż tak popularne w szkołach dla trudnej młodzieży. Bez skrępowania mierzył każdego mijanego chłopaka bezczelnym wzrokiem, lecz jak dotąd każdy z nich uciekał z popłochem. ”Pizdeczki” przeszło mu przez myśl w momencie, gdy usłyszał jak ktoś zwraca się do niego. Uśmiechnął się pod nosem na ten komentarz i powoli odwrócił się, lustrując pogardliwym wzrokiem śmiałka, który postanowił się odezwać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Ja natomiast nie wiedziałem, że trafiam do szkoły dla karłów. Sorry kolego, jest tu może ktoś komu mógłbym napluć w mordę bez schylania się? – odparł, a jego usta wykrzywiły się w nieprzyjemnym uśmiechu.

      Usuń
  3. Słowa nowego sprawiły, że oddechy wszystkich zebranych zawisły w powietrzu. Od dawna nikt nie pamiętał już, kiedy ktoś ostatnim razem z własnej woli naraził się na niebezpieczne huśtawki humoru Evana, który w pewnym momencie mógł spokojnie, z wręcz znudzonym spojrzeniem kontemplować odrapaną ścianę korytarza, a w następnym zajmować się przemeblowaniem twarzy któregoś z jego kumpli w niedoli. Tak naprawdę nikt tu nie szukał kłopotu: były po prostu osoby mniej ostrożne i te, które nie wierzyły że jeden nastolatek był w stanie wprowadzić terror i dyktaturę w całej placówce. Ale nawet i te dość szybko uczyły się na własnych błędach, bo to było jedynym sposobem aby przeżyć.
    Wszystkie oddechy zawisły w powietrzu, ale nie ten Morleya, który był pod dobrym wrażeniem. Brunet już mu się podobał. Powoli zaczynał nudzić go fakt, że wszyscy dawali mu to czego chciał niemalże z własnej woli, bo bali się mordobicia, a ofiary jego bójek po krótkim czasie rezygnowały i poddawały się z własnej woli gdy ewidentne było już, że w przeszłości musiał ćwiczyć, nawet sporo. Może i lubił robić to na poziomie psychicznym, jednak fizycznie nie odczuwał żadnej przyjemności z kopania leżącego. Ofiara musiała się wyrywać, próbować uciekać, gryźć i bronić pazurami, a on musiał trochę się wysilić i pobrudzić sobie rączki, aby każdy kolejny dzień jego egzystencji w tym szarym miejscu nie stał się tak samo szary, jak budynek w którym przyszło mu spać.
    Panna Darling zdawała się być elementem idealnym. Wcześniej w stołówce szatyn słyszał, że nowy podopieczny został przeniesiony po raz któryśtam i wyciągnięty z tego wniosek mówił, że brunet nie powinien być orzechem łatwym do zgryzienia, a dziewiętnastolatek właśnie takich ludzi pragnął. Pierwszy test został zaliczony i Evan miał nadzieję, że nie miał on być jedynie zmyłką czy dobrą grą aktorską, bo wtedy byłby naprawdę zawiedziony: i, w konsekwencji, nie do końca przyjemny dla swojego otoczenia.
    Uśmiechnął się w ten sam sposób, co jego przeciwnik, naśladując go i chcąc niemalże stworzyć karykaturę tego sposobu wygięcia ust. Zaciągnął się spokojnie papierosem, jakby siedział w barze jedząc śniadanie i wymieniając się bezużytecznymi informacjami ze swoim znajomym z pracy.
    - To chyba już twój problem, nie mój. Idź się poskarżyć dyrowi, może znów się postarają i po raz kolejny cię przeniosą, tylko dla ciebie, niebieski skarbeńku.
    Sprawdzał teren robiąc może zbyt wielkie i dalekie kroki, ale właśnie o to mu chodziło. Bawiło go także to, jak reszta ludzi dookoła zdawała się w tym samym czasie bać tego, co mogło w każdym momencie wybuchnąć, ale jednocześnie nie chcieli oddalić się o krok, aby przez przypadek nie stracić jednego słowa zaciętej konwersacji, a raczej wymiany obelg.

    OdpowiedzUsuń
  4. Spotkanie z królem stada nastąpiło o wiele szybciej, niż można było się tego spodziewać. Zdążył zaledwie zostawić walizkę w przydzielonym mu pokoju i wyjść na dziedziniec skąpany w słońcu, by rządząca hiena poczuła się zagrożona i na samym wstępie podjęła próbę ataku. Darling nie był specjalnie zdziwiony takim obrotem spraw, bowiem w takich miejscach jak to, zawsze znajdowała się osoba dominująca, której wszyscy podlegali. Nowy podopieczny automatycznie zostawał uznawany za zagrożenie, którego należało się pozbyć. Jedni zdobywali się na kilkudniowe obserwacje, inni zaczynali od gróźb, zaś kolejni nie bawiąc się w żadne uprzejmości od razu pragnęli zaznaczyć swój teren. Najwyraźniej nieznajomy należał do tej ostatniej grupy. Miał chyba nadzieję odstraszyć nowego, jednocześnie pokazując mu jego miejsce, lecz przypadek ten znacznie różnił się od tych przeciętnych. Blue nie był byle kim. Nie dawał sobą pomiatać. Cała placówka miała się o tym dowiedzieć w niedługim czasie.
    Cisza jaka wokół nich zaległa tylko potwierdziła przypuszczenia bruneta. Pozostali uczniowie – młodsi, starsi, stojący samotnie bądź w grupkach – przerwali swojego dotychczasowe zajęcia i wlepili oczy w starcie dwójki dziewiętnastolatków. To stanowiło niezbity dowód na to, iż ów szatyn siedzący na murku był postrachem szkoły i na terenie tej placówki to on mógł się poszczycić wyimaginowaną koroną. Już niedługo , przemknęło przez myśl Darlingowi, który z niezmiennym uśmiechem lustrował wzrokiem nieznajomego. Ciekawiło go to, jak długo chłopak będzie w stanie bronić siebie i swojego stanowiska. Co do jego ostatecznego poddania nie miał wątpliwości – w końcu prędzej czy później to on zawsze zajmował najważniejsze miejsce w hierarchii. Szatyn wyglądał jednak na zaciętego i pomimo, że Blue był pewien swojej wygranej, był przygotowany na ostre starcie. Z resztą wyzwania zawsze go pociągały, toteż zadziorność chłopaka w żadnym wypadku mu nie przeszkadzała. Kwestią czasu było jego złamanie. Z jednej strony miał nawet nadzieję, iż nieznajomy nie ugnie się tak szybko – byłaby to z pewnością świetna zabawa, idealna na rozpoczęcie i wkręcenie się w życie szkoły.
    - Co za zaskoczenie, że chcesz się mnie pozbyć. Szkoda, że nie masz jaj żeby samemu to zrobić. Może postarasz się trochę bardziej, myślisz że dyrektor- ojciec zagubionych odwali całą robotę?– odparł swobodnie, jak gdyby rozmawiał z najlepszym kumplem przy butelce piwa.
    Bezczelnym wzrokiem zlustrował twarz chłopaka, po czym sięgnął i zabrał papierosa spomiędzy jego palców. Zaciągnął się, wypuścił dym nozdrzami, po czym ponownie zwrócił się do szatyna.
    - Wiesz, że fajki źle wpływają na krążenie? Zadbaj o swojego MAŁEGO kolegę. Skoro nie został obdarowany wielkością, nie odbieraj mu szans na przynajmniej przeciętne funkcjonowanie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Analizował każde słowo, spojrzenie i poruszenie ze stoickim spokojem, a od jego figury biła aura tego typu dominanta, który nie ostrzega gdy ma zamiar zaatakować, tylko po prostu to robi. Wszystkie aspekty jego przeciwnika były w tym momencie analizowane i Evan mógł szczerze przyznać, że właśnie na kogoś takiego czekał: jakieś zagrożenie dla jego pozycji, niebezpieczeństwo które mogło zainteresować nie tylko jego, ale i jego otoczenie. Nawet teraz mógł poczuć jak wszyscy dookoła wstrzymywali oddech i nie wiedzieli czego się spodziewać; grupka osób obok której przed chwilą siedział odsunęła się nieco od niego, aby uniknąć wciągnięcia w ewentualną bójkę - wiedzieli przecież, że była ona bardzo możliwa.
    - Jak przykro - mruknął, nie tracąc swojego uśmiechu. - Staram się komuś dogodzić, pomóc nowemu koledze w niedoli, uratować go od konieczności przebywania pomiędzy osobami zbyt niskimi dla książęcej dupy... Jak chcesz, to nie mój problem.
    Morley zdążył już zauważyć, że brunet szedł bardziej w stronę kreatywnych obelg, podczas gdy on sam wolał używać metody irytacji - dlatego naśladował ton głosu, mimikę, drobne gesty, słowa, powtarzał się, rozmawiał jak z dzieckiem lub starym kumplem, używał dużych ilości sarkazmu i cały czas utrzymywał ten bezczelnie pewien siebie wyraz twarzy, przez który większość ludzi miała ochotę po prostu wydrapać mu oczy. Nowy miał zamiar wybić się, jak wszyscy inni nowi, jednak tym razem poskromienie jego entuzjazmu zajęłoby nieco dłużej niż zazwyczaj: szatyn o tym wiedział i nie narzekał, wręcz przeciwnie. Chciał się trochę wysilić i spocić.
    Gdy został mu odebrany papieros nawet się nie ruszył, jakby było mu to kompletnie obojętne. Z wiecznym, cynicznym i zarówno cwanym uśmiechem na ustach zlustrował wzrokiem Darlinga. Kontynuował swoje próby irytacji, czekał na wybuch, niemalże chciał być zraniony - ostatnio zdecydowanie za mało się działo.
    - Co za hipokryzja, stąd czuję jak śmierdzisz fajkami - odezwał się, po czym uniósł wysoko brwi. - Dopiero przyszedł, a już chce mi się dobrać do majtek. Po to wysłali cię do wyłącznie męskiego ośrodka? Mam przestać palić tylko po to, aby lepiej móc zaspokoić twoje potrzeby, księżniczko? Podobno kto obraża, ten zazdrości.

    OdpowiedzUsuń
  6. Był rozbawiony całą sytuacją. Śmieszyli go ludzie, którzy wycofywali się powoli, jakby bojąc się że lada chwila to oni mogą zostać wciągnięci w ten konflikt. Śmieszyli go gapiowi, którzy poza otworzeniem gęby i wytrzeszczeniem oczu nie potrafili się zdobyć na żadne słowo, żadne wtrącenie. Śmieszył go nieznajomy, próbujący za wszelką cenę wyprowadzić go z równowagi. Darling świetnie się bawił, co zresztą można było dostrzec w jego ciemnych oczach i uśmiechu błąkającym się po twarzy. To nie było prawdziwe starcie, ciężko było to nawet nazwać prologiem. Bardziej rozpoznawaniem terenu, zarówno z jednej, jak i drugiej strony. Wiedział, że konfrontacje silnych charakterów zwykły być niezłym pokazem w zakładach poprawczych i to często na nich opierała się cała rozrywka tych szarych, obskurnych miejsc.
    Znał zagrywki, jakimi posługiwał się szatyn. Po latach doświadczenia było naprawdę mało rzeczy, które potrafiły wyprowadzić go z równowagi. Uwagi dotyczące jego imienia czy nazwiska, pochodzenia, matki, życia bądź czegokolwiek innego związanego z jego osobą, najzwyczajniej w świecie go rozbawiały, a co najwyżej prowokowały do żywej wymiany obelg. Irytował się szybko tylko wtedy, gdy druga osoba stawała się nużąca i męcząca. Jak na razie jednak szatyn tylko i wyłącznie poprawiał mu humor i urozmaicał dzień. Po długiej podróży taka rozmowa była tysiąc razy lepsza niż ciepły prysznic i wygodne wyrko.
    - Osoby zbyt niskie? Znów mówisz o sobie. Egoistycznie – wtrącił, zaciągając się papierosem po raz ostatni i wyrzucając go na brukowany chodnik.
    - To urocze jak się o mnie martwisz, kolego. Niańka jest mi jednak nie potrzebna, wybierz sobie któregoś bachora z tamtej grupki. Na pewno któryś zgodzi się, żebyś podcierał mu tyłek – powiedział leniwie, jak gdyby cała sytuacja zaczynała go nudzić.
    Słysząc słowa bruneta, Darling zaśmiał się głośno, a jego śmiech rozniósł się echem po całym dziedzińcu. Wiele osób wzdrygnęło się, jak gdyby ten dźwięk był o wiele bardziej przerażający od donośnego, nagłego krzyku. Brunet przesunął dłonią po twarzy, po chwili na nowo spoglądając na nieznajomego.
    - Kochaniutki, nie dla psa kiełbasa. Ja i ty to dwie różne ligi. Nie wiem, co chodzi ci po głowie, ale wybacz, nie zniżam się do poziomu takich jak ty. Zabawny jesteś – skwitował jeszcze, kręcąc lekko głową. Uśmiechnął się jeszcze pod nosem, rozbawiony jeszcze silniej niż na samym początku spotkania, po czym jak gdyby nigdy nic odwrócił się i powoli ruszył przed siebie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Uwielbiał takie sytuacje i jego przeciwnik chyba nawet nie zdawał sobie sprawę z tego, jaką przyjemność mu sprawiał tą konwersacją. Zauważył już, że nowicjusz raczej nie odpuściłby mu tak łatwo i zapewne przy ich kolejnym przypadkowym spotkaniu podjąłby się znowu próbie zmieszania go z błotem, a Evan przyjąłby propozycję z otwartymi ramionami.
    - To prawda, ale ja przynajmniej przyznaję się do swoich nielicznych wad.
    Do jego uszu dotarł cichy głos któregoś z uczniów dookoła, informujący drugiego lub nawet całą grupę co do tego, że koniec przerwy zbliżał się coraz bardziej. Dla nich, którzy lubili patrzeć na takie zjawiska podczas gdy się ich bali, była to zapewne ulga, gdyż byliby zmuszeni do oderwania się od tego co zarówno sprawiało im przyjemność, jak i wystawiało ich na pewne zagrożenie. A może tylko tak im się wydawało? Morleyowi wianuszek gapiów wcale nie przeszkadzał, wręcz przeciwnie - przecież dzięki nim miał coś do roboty w tej dziurze, dzięki nim dowiadywało się o nim coraz więcej osób, niektóre nawet przychodziły z zewnątrz aby się z nim zmierzyć. Chłopak wprawdzie nie był mistrzem w rzucaniu bezsensownych obelg, jak widocznie bardzo lubił robić Darling. Niestety, Blue ze swoją marną, wysoką lecz chudą posturą nie miał większych szans z kimś, kto miał wzrost idealny do praktykowania dwóch sztuk walki, które zaczęły ćwiczyć jego ciało od wieku sześciu lat i które łączyły przywileje jego metra siedemdziesiąt-osiem z kondycją jego ciała.
    - Oczywiście, zawsze najłatwiej jest uciekać i obracać kota ogonem po odtrąconej propozycji - odezwał się w jego stronę gdy chłopak zaczął się oddalać. Nie widząc żadnej reakcji ze strony bruneta, większość tłumu dookoła w ciszy westchnęła z ulgą; Evan wyciągnął w stronę jednego z podopiecznych swoją dłoń, na której chwilę później położono papierosa. Zdążył wypalić zaledwie jedną czwartą gdy zadzwonił dzwonek; wszyscy skierowali się w stronę budynku, a szatyn został sam. Nikt po niego nie przyszedł gdy dokańczał swoją dawkę nikotyny i gdy wszedł do swojej szarej klasy, w której siedzieli ci szarzy ludzie, brakowało dziesięciu minut do kolejnego dzwonka.

    OdpowiedzUsuń
  8. Najprawdopodobniej ani jeden, ani drugi nie zdawał sobie sprawy z tego, że swoimi obelgami tak naprawdę sprawia satysfakcję swojemu przeciwnikowi. Oboje świetnie się bawili – Darling urozmaicał dzień szatyna, natomiast ten powodował, że już pierwsze chwile w nowym zakładzie stały się dla Blue przyjemne. Dla innych uczniów mogli sprawiać wrażenie dwóch samców alfa, bijących się o jedno terytorium, lecz w rzeczywistości była to zabawa, przedsmak tego, co miało wyniknąć z ich znajomości. Brunet czuł, że nie jest to ich ostatnie spotkanie i z resztą takową miał nadzieję. Jak dotąd nikt inny w tej placówce nie wydał mu się charakterny. Miał wrażenie, że każdy mijający go chłopak to jakaś mamałyga zamknięta w internacie przez pomyłkę. Połowa z nich wyglądała na maminsynków, a druga na nieudaczników życiowych, których największym osiągnięciem jest zawiązanie swojego buta. Tylko ten jeden miał odwagę się odezwać i to nie w sposób uprzejmy czy kulturalny.
    Darling przyuważył poruszenie na dziedzicu, zaraz też do jego uszu dotarł dźwięk dzwonka wzywającego na lekcję. On jednak nic sobie z tego nie robił, nie miał w planach nudzenia się na zajęciach i wysłuchiwania monologów nauczycieli. Pierwszy dzień był zawsze specyficznym dniem – brak obecności na lekcjach dało się łatwo usprawiedliwić, a profesorowie przymrużali oko na ten wybryk z prostego względu: część z nich nie miała nawet pojęcia o twoim istnieniu. Darling z resztą nie liczył się z konsekwencjami; w tego typu placówkach nie wyrzucano za nieobecności, bo wówczas ani jedna osoba nie zagrzałaby miejsca w szkole. Mając sporo wolnego czasu postanowił nieco rozejrzeć się, poobserwować i powoli zacząć się wkręcać w życie tegoż internatu.
    Zdecydował się na uczestnictwo w zajęciach wychowania fizycznego. To była jedna z niewielu rzeczy, która sprawiała mu przyjemność i praktycznie wyłącznie na tego typu lekcjach zaszczycał wszystkich swoją obecnością. Pomimo szczupłej sylwetki, która często myliła przeciwników, Blue miał w sobie niezliczone pokłady siły i energii. Stąd zamiłowanie do sportu, które pozwalało mu na uwolnienie emocji i wyżycie się. Przed szesnastą pojawił się w szatni, gdzie zebrała się część chłopaków z najstarszej klasy. Gdy tylko wszedł do pomieszczenia wszystkie rozmowy ucichły, a każde spojrzenie zostało skierowane w jego stronę. Darling uśmiechnął się cynicznie pod nosem.
    Zacznijmy tę zabawę.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.